![]() |
Basia Stępniak-Wilk
Dyrygentka
Czyta kropki. Czyta kreski. Czasem zdarza jej podpisać się krzyżykiem. Jeden błąd, a cię przekreśli ruchem ręki. Nigdy się nie splami krzykiem. Zawsze wyżej. Zawsze ponad. Swoim losem niebywale wciąż przejęta. Zbyt natchniona, niespełniona – dyrygentka. Mało wzięta dyrygentka, brzydka, chociaż z całkiem niezłym makijażem. Kiedyś była uśmiechnięta, ale on grał tylko na pianinie w barze. A w lokalnej prasie piszą – niebywały sukces wczoraj znów odniosła. Ona jednak czyta obok ogłoszenia, bo czterdziesta mija wiosna. Są do wzięcia niezależni, rozwiedzeni oraz różne wolne ptaszki. Każdy szuka – bez pruderii i lubiącej towarzystwo i igraszki. Więc niewieści stan przeklina i posłusznie wraca do divertimenta. Chciała dobrze, życia wina... Dyrygentka. Mało wzięta dyrygentka, brzydka, chociaż w drogiej sukni wieczorowej. Już od dawna nie objęta przez nikogo i już nigdy więcej może. A w lokalnej prasie vivat, więcej dla niej pochwał znów niż dla Mozarta. Zatem jeśli tak genialna, czemu ciągle zła się nie odwraca karta? Może ten, co jej nie widzi zza niebieskiej dekoracji, dyryguje światem, poprzestając na gestykulacji. Czyta kropki. Czyta kreski. Czasem zdarza jej podpisać się krzyżykiem. Płacze tak, by łzy obeschły, zanim przyjdzie jej znów stanąć za pulpitem. I w milczeniu zawsze znosi, że naiwni modlą się na instrumentach, gdy batutą niebu grozi – dyrygentka. Adela Adela, zanim miała męża, wplatała w warkocz zamiast kwiatów – jak zwykły czynić to dziewczęta na znak, że można już słać swatów – różane pnącza, lecz bez pąków. Rwała je zwykle przy kapliczce, gdzie w adoracji mchu, pająków, róż – Męce Pańskiej było ślicznie. Pająków bała się Adela, lecz szczerze była zachwycona, że – aby kamień nie uwierał Tego, co zbyt już długo kona – mchu zlitowała się pielgrzymka: ofiarowała szmaragdowy szal pod kamienne ciało Synka (i rany skryła stóp, rąk, głowy), a Matce Jego tren zielony. Małej Adeli, przed latami u stóp kapliczki porzuconej, życie ocalił ten aksamit. I może gdyby nie wyszeptał ktoś – „Nie masz matki? Oto Matka od żywej lepsza, łaski pełna i zawsze w wotach, wstążkach, kwiatkach...” Gdyby nie wspomniał o nadziei, która w cierniowej mieszka męce, kwiaty zdobiłyby Adeli warkocz. I inny pacierz – serce. Bo tak nad każdą kromką chleba modliła się o Zmartwychwstanie: „Niech pójdzie Boży Syn do nieba, niech zwolni się na mchu posłanie, niech Matka tuli mnie, nie Jego, niech mną ucieszy smutne oczy, dlaczego ciągle On, dlaczego wciąż nie ma cudu Wielkiej Nocy?” A jednak wszyscy przeczuwali, że jeśli nie jest, będzie święta. Tylko warkocza z róż kolcami pragnęli chłopcy, zamiast klękać. Chwytali pośród tańców, krzyków... Rozpoznawała potem dłonie, a czasem usta zalotników wyraźnie kroplą krwi znaczone. Lecz już Adeli nie pytali, odpowiedź znali jej od dziecka, by chwilę jeszcze poczekali, tylko się skończy Rezurekcja, po Wielkiej Nocy wybrzmią dzwony i może wtedy... Od czekania jej tylko warkocz rósł, im żony, matce mech kirem twarz zasłaniał kryjąc jej lata. Róże kwitły i pięły się, choć niewysoko, by z wiatrem słać je ku obłokom. I stało się, co stać się miało, choć do dziś wierzą w to nieliczni: powstało z martwych Syna ciało... Wbiegła Adela do kapliczki i Alleluja w głos się śmiała, że Syn wybiera się w niebiosy, a święta Matka przytulała Adeli srebrem tkane włosy, wyczesywała dłońmi ciernie i choć nie było jeszcze wiosny, to tak patrzyła miłosiernie, że zaraz w miejsce kolców rosły różane płatki – biel i lila. I na tym tego szczęścia koniec, bo trwać nie może taka chwila. Wszystko to widział stary wdowiec Jan, co nie wierzył w nic, co święte, odkąd mu żona zmarła młodo (a tylko śmierci na przynętę został grabarzem). Mieszkał obok, Adeli ścieżkę znał i czekał. Aż na co czekał – wszystko spełnił. Zmartwychwstałego Bóg-Człowieka zabił i zamknął w grobie ciemnym, śmiercią Adeli – Matce grożąc, jeżeli zdradzi, a dziewczynie zabójstwem Matki, jeśli żoną jego nie będzie w tej godzinie. Poszła więc w ciszy i w róż bieli ciężkim welonie do ołtarza. A piękna – jakiej nie widzieli. A smutna – jak u wrót cmentarza. I rzekła TAK. I świeca zgasła. Ale ją zaraz ktoś zapalił i była znów tak samo jasna. Organy wiwat szczerze grały i świat jak gdyby nigdy nic wciąż istniał i trwał tak po nic. Aż Adelę róże ukryły w swoich listkach w tę zapomnianą już niedzielę. Że jak w kołysce, mówią jedni, do nieba poniósł ją jej welon. Lecz tak do końca nie są pewni, jak z tą welonu było bielą. A drudzy – i tym wierzę prędzej – twierdzą, że kiedy Jan swą żonę chciał pocałować po przysiędze, o cierń w jej wianku zranił skronie, a ten małżonka krwią zroszony wystrzelił taką burzą pnączy, że cały ołtarz był zielony i nigdzie krzew ten się nie kończył, aż jeden z pędów róż owinął Adeli duszę oraz ciało i pomknął w górę wraz z dziewczyną... I że nie było wcale biało, mówią, lecz właśnie, że zielono i że pachnąco, i magicznie. Adelę wkrótce wyświęcono. Obraz jej wisi dziś w kapliczce. | ![]() Fot. Wacław Wantuch ![]() Dzień w Trójce, fot. Teresa Drozda ![]() Fot. Teresa Drozda ![]() Fot. Wacław Wantuch ![]() Zielone Szkiełko, fot. Teresa Drozda |